Copyright © PBIRC 2004-2005

Kwiatki

Ano w?a?nie. Wydawa? by si? mog?o, ?e sesja by?a powa?na, ponura, gro?na, tajemnicza i w ogóle. Ale kwiatki i tak si? pojawi?y, cho? tylko na pierwszej sesji. Najwyra?niej z tym chwastem erpegowym si? nie wygra. Tym razem siali je NPC Dinah (po?rednio) i Zorf (bezpo?rednio). Oto wi?zanka.


Wprowadzaj?c do grona bohaterów Murzyna i ?yda obawia?em si? drobnych przejawów rasizmu w trakcie gry. Okaza?o si?, ?e bezpodstawnie. "Biali" gracze nie mieli nic przeciwko graczom "kolorowym" (no dobra, ?ydzi "kolorowi" nie s?, ale wiecie, o co mi chodzi). Jednak obok niepe?nosprawnej oboj?tnie ju? nie przeszli?cie. Co to, to nie. Kalectwo Dinah sprowokowa?o ma?? lawin? obrzydliwych, cynicznych z?o?liwo?ci. Wstyd?cie si?. Z niewidomymi tak si? nie post?puje!


ROBERT: Co zobaczy?a? zaraz po przebudzeniu?


ALBERT: Jak wygl?da?a twoja ciocia?


LAUREL: Mog? si? bli?ej przyjrze? twoim okularom?
DINAH: Moim okularom?
LAUREL: Tak, mo?esz je na chwil? zdj???
Dinah zdejmuje okulary, podaje jej Laurel, ta je dok?adnie ogl?da (dziwne, ?e nie oplu?a szkie?). W ko?cu oddaje z powrotem.
LAUREL: Dzi?ki. Musz? sobie takie sprawi?.


ROBERT: A wy wracajcie do g?ównej, trzeba pilnowa? dziecka jak oka... w g?owie...


Dabroz, graj?cy Roberta, w ko?cu otwarcie wyjawi?, ?e niewidomymi si? brzydzi.
DABROZ: T? dziewczynk? to najch?tniej bym spu?ci? w sedesie.


Sprawc? reszty humorystycznych emocji by? Zorf, wcielaj?cy si? w posta? Alberta Kaussnera, nastolatka ?ydowskiego pochodzenia.


Albert opowiada o swoim ?nie (szkoda, ?e na pok?adzie samolotu nie by?o Freuda).
ALBERT: Wi?c, ?ni?o mi si?, ?e by?em na Dzikim Zachodzie, by?em rewolwerowcem.
RUDY: Niez?y western mo?na by z tego zrobi?.
ALBERT: Zapewne. Tym bardziej, ?e mówili tam do mnie ?yd Arizona.


DON: Przeszed?em wszystkie [cz??ci samolotu] z wyj?tkiem ogonu.
ALBERT: Murzyn zawsze powie co? m?drego...


?ydzi, jak g?osi obiegowa opinia, to urodzeni macherzy od kasy. Ale ?eby interes si? kr?ci?, trzeba eliminowa? konkurencj?. Albert szybko wyczu?, ?e powa?nym zagro?eniem jest Rudy, przedsi?biorca. Okoliczno?ci okoliczno?ciami — to instynkt zwyci??y?.

W kokpicie pojawi? si? Craig Toomy. Dosta? ataku sza?u. Nick i Rudy próbuj? go obezw?adni?. Do kokpitu wpada Albert, b?yskawicznie "orientuje" si? w sytuacji i...
ALBERT: Skacz? na Rudy'ego, powalaj?c go na ziemi?.
ALBERT: Uderzy?em go bardzo mocno.

I tak oto zrodzi?a si? animozja. O dziwo, nie tyle Rudy'ego do Alberta, co vice versa.

RUDY: Musimy co? zje?? i odpocz??.
ALBERT: Co tam zjesz?
RUDY: Pizz?.
ALBERT: Zamknij si?, Rudy! Zabij? ci? kiedy?, przysi?gam.

Rudy nie wytrzyma? i przywali? Albertowi.
MG: Albert odzyskuje przytomno??.
ALBERT: Gdzie ta cholera?

ALBERT: Rudy, cholero, masz jakie? fajki?

MG: Rudy pociera zapa?k?. Nie zapala si?.
ALBERT: Dobrze ci tak, Rudy.


I tak dalej, i tak dalej... Albert zab?ysn?? równie? pomys?owo?ci?.
LAUREL: Mo?e faktycznie wszyscy ?nimy?
RUDY: Oby.
ALBERT: Oby? Jak to jest prawda, to jak to opisz?, to zostan? milionerem! — mówi? z dum? ?ydowsk?.

...a Zorf wykaza? si? daleko id?c? bezczelno?ci?.
ALBERT: Pad?em na ziemi?. Le?? nieprzytomny.
Pozostali cuc? Alberta. Zaniepokojony MG pyta Zorfa na privie, co si? sta?o jego postaci. Zorf odpowiada po paru minutach:
ZORF: Poszed?em do ?azienki, ale ju? jestem.
Z takim "wy??czaniem" postaci na kilka chwil to ja si? jeszcze w swojej karierze Mistrza Gry nie spotka?em...


Na wszelki wypadek deklaruj?, ?e nie mam nic przeciwko Murzynom, ?ydom i niepe?nosprawnym. Gracze przypuszczalnie te? nie.